Petro Jacenko
Złota małpa
Rozdział powieści "Saga Lwowska"
![]() |
|
"Liszczyński własnoręcznie nie oszukiwał, nie kradł i nie zabijał, a był właścicielem dwupiętrowego budynku na dzisiejszym prospekcie Swobody, w którym obecnie na parterze znajduje się modny sklep". |
Plotka o tym, że nie można brać roboty u Liszczyńskiego, szybko rozeszła się po mieście. Przemknęła po tanich knajpach, za progiem których zalegało uliczne błoto, przeleciała po wszystkich krużgankach w zatęchłych wewnętrznych podwórzach, opadła na koniuszki skrzydeł anioła na niedawno postawionym pomniku Adama Mickiewicza i spłynęła z niego do wszystkich zakątków Lwowa.
Liszczyński był znaną w bandyckich kręgach personą. Nazywali go tam „pan Leszcz”, ale w raportach policyjnych figurował jako Emanuel Owerbach-Liszczyński.
Liszczyński własnoręcznie nie oszukiwał, nie kradł i nie zabijał, a był właścicielem dwupiętrowego budynku na dzisiejszym prospekcie Swobody, w którym obecnie na parterze znajduje się modny sklep. Do wybuchu Pierwszej Wojny Światowej w budynku, który należał do Liszczyńskiego, mieściła się restauracja, w której można było zamówić nie tylko potrawy i napoje, ale i panienkę.
Pan Leszcz cieszył się złą reputacją, ale znany był z tego, że lubił wszelakie „bajery”. Ubierał się zawsze według ostatniej mody, jako jeden z pierwszych kupił olbrzymi automobil benzynowy, którym woził swoje faworyty do Opery, a ponadto zatrudnił dwie mulatki, co od razu sprawiło, że jego zakład „Trzy Latarnie” stał się popularniejszy nawet od wędrownego chińskiego cyrku.
Ale Liszczyńskiemu to nie wystarczało. Do odeskiego portu przybyła z Ameryki starannie zapakowana skrzynka z wieloma napisami ostrzegawczymi. Skrzynkę załadowano do wagonu kolejowego i wkrótce robotnicy pod okiem samego Liszczyńskiego rozbijali deski i wstawiali dziwne urządzenie do piwnicy „Trzech Latarni”. Malarz malował aparat na szyldzie. Wkrótce pojawił się on nieco niżej od szyldu firmowego zakładu Liszczyńskiego.
„Amerykański automat do wygrywania milionów!” – mówiła reklama – „Wrzuć koronę i odbierz dwadzieścia koron!”
Pierwszą „ofiarą” automatu do gier został sam Liszczyński. Wrzucał monety i szarpał za wajchę automatu dwa dni z przerwami na krótki sen i posiłek. Liszczyński wrzucił do maszyny dwie setki koron, wygrał je, wrzucił znowu, odzyskał połowę i na tym, zadowolony, poprzestał.
Automat miał trzy okienka z symbolami kart do gry, i kiedy się zgadzały, to zgodnie z tablicą gracz mógł otrzymać tę czy inną sumę. Przy aparacie postawiono kasjera, który wypłacał wygrane, bo sam automat mógł tylko „połykać” monety. Na koniec dnia kasjer specjalnym kluczykiem otwierał grube metalowe drzwiczki z tyłu maszyny i wyciągał monety.
W „Trzech Latarniach” zaczęło brakować miejsc, więc Liszczyński wkrótce dorobił osobne wejście do piwnicy. Metalowych drzwi strzegł portier, wpuszczając tylko po trzy osoby, a na ulicy przez całą noc czekał tłum chętnych do grania na „amerykańskiej maszynie”.
Z czasem podniecenie nieco opadło, a z kasjerami Liszczyński zaczął mieć nieprzyjemności. Każdy z nich prowadził grubą księgę, w której codziennie zapisywał wrzucane do automatu sumy i ilość wygranych. Na koniec dnia kasjer musiał sporządzać bilans, ale nie mijało nawet kilku dni, a delikwent zaczynał sam grać na automacie, kiedy zaś kończyły mu się pieniądze z wypłaty, otwierał kluczem drzwiczki automatu i…
Dochody Liszczyńskiego zaczęły maleć. Pokusie hazardu nie mogli się oprzeć nawet sprawdzeni na innych posadach ludzie. Wtedy pan Leszcz wyznaczył surową karę: każdemu, kto zostanie przyłapany na grze na automacie, kucharz będzie odrąbywać palec… I któregoś razu, kiedy ochrona Liszczyńskiego ciągnęła do kuchni restauracji kolejnego kasjera (biedak wierzgał i piszczał jak szczurek), Leszcz zrozumiał, że coś trzeba zmienić.
Liszczyński pojechał do swojego dawnego kolegi, jednookiego Halibuta, którego uważano za najmądrzejszego złodzieja nie tylko w całym Lwowie, ale w całych Austro-Węgrzech. Halibut był już posunięty w latach i zarabiał na życie w zawodzie, który dzisiaj nazwano by „manager do spraw kadr”. Znał we Lwowie wszystkich, wiedział o nich wszystko, i wiedział, do czego kto się nadaje. – Oprócz tego, nie wiem nic więcej – mówił Halibut – Dlatego żyję po dziś dzień.”
Liszczyński bez słowa dał Halibutowi puzderko z pieniędzmi. – Znajdź mi człowieka odpornego na hazard – powiedział Liszczyński – Żeby to był mężczyzna, pełnoletni, żeby umiał liczyć i pisać.
Halibut przyszedł do Liszczyńskiego następnego dnia. Przyprowadził ze sobą mężczyznę średniego wzrostu ubranego w stary płaszcz i bardzo stare wojskowe buty.
– Kto to? – zapytał Liszczyński.
– Kolekcjoner – odpowiedział Halibut – ceni pieniądze tylko jako obiekt zainteresowań. Nie poświęci dla wygranej złamanego halerza.
– Dobrze – powiedział Liszczyński – ale czy jesteś pewny, że ten kolekcjoner nie wypatroszy mojej maszyny już pierwszego dnia, żeby kupić sobie jakąś rzymską monetkę?
– Albo mi ufasz – oparł Halibut – albo oddam ci pieniądze. Innego człowieka odpornego na hazard nie znam.
Kolekcjoner nazywał się Janusz. Miał kaligraficzne pismo i szybko i starannie liczył wszystko, co trafiało do automatu do gier, i odejmował wszystko, co trzeba było wydać jako wygraną. Pan Janusz nie miał rodziny. Monety zaczął zbierać już w wieku 12 lat i od tej pory cały swój czas, wszystkie porywy serca i marzenia, jak również wszystkie zarobki poświęcał temu hobby. Janusz wiedział, czym różnią się monety grosso i bolognino, ile ważyły pierwsze krajcary i dlaczego uśmiecha się Diana na rydwanie, wybita na rzymskich denarach. Oprócz tego absolutnie nic go nie interesowało.
W pierwszych tygodniach pracy pan Janusz starannie obliczał bilans dobowy w swojej grubej księdze, wygrzebywał z blaszanej skrzynki utarg dzienny, z którego brał sobie, według wytycznych pana Liszczyńskiego, tylko dwa procenty. Ale któregoś dnia jego obliczenia okazały się błędne. Pan Janusz obliczył, ile pieniędzy zostało w automacie, i nieomal jęknął: Trzy korony! Nie, nie chodziło o brak. Trzy korony jakimś sposobem ominęły obliczenia Janusza. Mógłby przysiąc, że nie wrzucono ich do aparatu, ale nadliczbowe pieniądze jakoś pojawiły się w pudełku!.. W księdze kasowej nie było miejsca dla trzech koron. Dodać te pieniądze do sumy dzisiejszego utargu oznaczało wzbudzić wobec siebie podejrzenie pana Leszcza, a wówczas, kto wie, pozbycie się palca… Janusz raz jeszcze sprawdził obliczenia, wszystko się zgadzało, dlatego też z czystym sumieniem wrzucił trzy korony do kieszeni.
Liszczyński był zadowolony z nowego kasjera. Janusz pracował już trzeci miesiąc i jeszcze ani razu nie przyłapano go na machinacjach finansowych ani na grze na automacie. Liszczyński nieraz we własnej osobie sprawdzał księgę kasową i nawet trochę szpiegował Janusza przez specjalne okienko pod sufitem zamaskowane wentylacją. Janusz był poza podejrzeniami. Liszczyński podwyższył mu zarobek jeszcze o pół procenta z utargu i zaczął się zastanawiać nad sprowadzeniem z Ameryki jeszcze kilku „maszyn do zarabiania pieniędzy” – tak Leszcz nazywał automat w wąskim kole niezbyt poważanej, ale zamożnej publiczności.
Janusza cechowała niezwykła zdolność pracy, nigdy nie chorował. Jego dawni koledzy z kantoru, w którym pracował jako kopista, mówili, że drugiej takiej żywotnej pluskwy jak Janusz nie ma w całych sławnych Austro-Węgrzech… – Drugiej tak śmierdzącej… – dodawali po cichu i śmiali się.
Po kilku dobach dyżurowania przy aparacie, kiedy odżywiał się wyłącznie czarnym chlebem i gotowaną wodą z kuchni, Janusz szedł do związku numizmatyków. Tam ze znawstwem wybierał potrzebne mu do kolekcji monety, zawijał je w papierki i wyruszał do wynajmowanego pokoiku na poddaszu – spać.
Po jakimś czasie Janusz prawie się przyzwyczaił do tego, że na koniec zmiany zostawało mu kilka koron nieewidencjonowanych w księdze. Rzetelnie obliczał sumy, które miały trafić do aparatu, rzetelnie obliczał wygrane, ale okazywało się, że zbędne korony i tak się pojawiały. Ktoś albo specjalnie podsypywał dodatkowe monety do maszyny („dureń” – myślał Janusz), albo też pojawiały się one „z powietrza” („a mnie nie obchodzi, skąd się biorą” – mówił Janusz sam do siebie).
Januszowi przybyło pieniędzy, jednak to w żaden sposób nie dało się poznać po jego wyglądzie: tak jak wcześniej, wszystkie dochody Janusz poświęcał na powiększenie kolekcji. Chodził wciąż w lichym płaszczu pół-wojskowego kroju, a szewcy odmawiali naprawy jego starych butów, które rozpadały się i śmierdziały.
Wieczorami Janusz nie rozbierając się (bo na mansardzie było pół roku później zimno) siadał nad stołem w świetle gazowej lampy i sortował monety, wkładając je do sklejonych z papieru kopertek, a kopertki chował do pudełek, owijając je sznurkami. Od kiedy podjął pracę u Liszczyńskiego, jego kolekcja znacznie się powiększyła, i to cieszyło jego podstarzałe serce najbardziej.
Przed Nowym Rokiem odwiedzających w zakładzie Liszczyńskiego było jeszcze więcej niż zwykle. Janusz siedział przy swoim stoliku-kasie obok automatu dwie doby z krótkimi „technicznymi” przerwami na jedzenie. Choć człowiek ten wydawał się być zrobionym jeśli nie z mocnej stali, to z surowego drzewa, odczuł w końcu przemożne zmęczenie. Janusz nie bez trudności wypchnął kolejnych klientów, zamknął przed narzekającym tłumem drzwi i powiesił tabliczkę „Przerwa techniczna”. Pomyślał chwilę i zamienił tabliczkę na „Zamknięte”. Po drugiej stronie drzwi słychać było przekleństwa. „Idioci” – pomyślał Janusz – „rwą się tu, żeby pozbyć się pieniędzy. Ale przecież wiem: na dwie przegrane trafia się tylko jedna wygrana”.
Powoli podszedł do stołu, przeliczył pozostałości w kasie, zsumował w słupku, sprawdził, odjął dziesiątki na liczydle. Teraz policzy monety w automacie: powinno ich być równo trzy setki krajcarów. Janusz wyciągnął zza pazuchy kluczyk na sznurku, pochylił się do drzwiczek automatu i kilka razy obrócił klucz w dziurce. W skrzynce na monety było pusto. Janusz zamknął drzwiczki i otworzył je jeszcze raz, postukał palcem po blaszanej ściance, potem lekko potrząsnął automatem, próbował pociągnąć za wajchę (kategorycznie zabraniał tego robić graczom, którzy nie wrzucili monety). W skrzynce było pusto.
Janusz zbladł, usiadł na krześle. Ręce mu drżały. Szeptał, że go okradziono.
Po chwili Janusz gwałtownym ruchem wyciągnął z kieszeni kartkę, na której rzetelnie notował wszystkie nadwyżki, które brał z automatu: od dwóch do siedmiu krajcarów. Dodał je, potem przeliczył jeszcze raz: wychodziło mu równo trzysta krajcarów. Wyobraził sobie, jak rumiany kucharz niewielką siekierką ucina mu palec na drewnianym klocu do zabijania kur… „Ale przecież to trzysta krajcarów!” – huczało mu w głowie – „Palec odrąbywali nawet za dziesięć krajcarów manka…”
Janusz nie bardzo wierzył w Boga, dlatego też obraz diabła był mu niezbyt bliski. Mówiąc współczesnym językiem: Janusz był materialistą. „Jeśli widziałem, jak monety, aż do ostatniej, wpadały do tego ustrojstwa, to nie miały jak z niego wyparować” – zastanawiał się skonsternowany Janusz – „A skoro tak, to powinny być gdzieś w środku, gdzieś utknęły”.
Janusz wyciągnął z szuflady swojej kasy niewielki nożyk i zaczął wykręcać za jego pomocą śrubki w tylnej ściance automatu.
Wkrótce przed Januszem pobłyskiwały mętnie metalowe koła zębate, dźwignie i przekładnie, których w urządzeniu było nawtykanych niby kwiatów na kwietniku. W środku automat przypominał dziwny mechanizm zegara z zagadkowymi sprężynami i tajemniczymi schowkami. Monet jednak nie było nigdzie widać. Janusz zaczął lekko, a potem mocniej huśtać automatem, spodziewając się, że pieniądze jakoś się ujawnią. Z maszyny wystrzeliło kilka sprężyn, a koła zębate potoczyły się po klepisku.
Janusz spocił się ze zdenerwowania zaglądając do automatu – „Trzysta koron! Cały majątek!” – ale w głębi zobaczył tylko jakąś dziwną figurkę ulaną z żółtego metalu. Janusz ostrożnie wyciągnął po nią rękę: to była małpa z wielkimi uszami. Małpa siedziała po turecku. W oczy miała wstawione niebieskie kamienie, a z uszu zwisały jej miniaturowe kolczyki z rubinami.
Janusz zważył figurkę w dłoni: „Chyba złoto”, rozejrzał się po pokoju, w którym na podłodze leżały duże i małe kółka, walce, osie i sprężyny. I Janusz zdecydowanym ruchem włożył figurkę do kieszeni. Kiedy wychodził na dwór przez salę restauracji „Trzy Latarnie”, natknął się na pijanego pana Liszczyńskiego, który przez wąsy przyjaźnie uśmiechnął się do Janusza: – Skończyłeś na dziś?...
Janusz potaknął.
– A kasa?
– Zdałem – wyjąkał Janusz.
– No to zabawmy się! – krzyknął pan Liszczyński – Nalejcie panu Januszowi żubrówki, i to najmocniejszej!.. – złapał Janusza za rękaw i pociągnął do swojego stołu ze słowami: – Tylko proszę się nie obrażać, panie kasjerze, ale niech pan powie, czemu nigdy się pan nie myje? Pan śmierdzi jak dziki knur!
Przy stole siedziały mulatki i kilku panów, i wszyscy dziko się zaśmiali z tego niewybrednego żartu. Janusz speszył się i mocniej ścisnął w kieszeni złotą małpę.
Tego wieczoru Janusz po raz pierwszy w życiu najadł się do syta. I napił się. Było mu wesoło, przyglądał się wąsatym panom w czerni i ponętnym mulatkom. Pan Liszczyński opowiadał o czymś położywszy rękę na ramieniu Janusza, kompania się śmiała. W oczach Janusza wszystko pływało.
– Panie kasjerze! – Liszczyński pchnął go palcem w piersi – Niech pan powie, niech pan się nam przyzna, co pan tam przez cały czas tak trzyma w kieszeni, że pan nawet ręki nie wyjmuje? Może pan tam chowa rewolwer albo okradł pan moją kasę?.. – zaśmiał się i salę „Trzech latarni” za chwilę napełnił śmiech.
– A to! – Janusz z okrzykiem walnął o stół złotą małpą. Śmiech nagle ucichł.
– Boże, czy to złoto? – zapytała jedna z mulatek.
– O, to pan kasjer ma nie byle jaki majątek? – podniósł brwi pan Liszczyński – Sprzedał pan swoją kolekcję? – mrugnął do mulatek – Ano, dziewczyny, zaprowadźcie go do gorącej wody i dobrze wymyjcie!..
Podchmielony Janusz jeszcze leżał goły w pianie pomiędzy smagłymi kobietami, które nacierały jego ciało indonezyjskimi gąbkami, kiedy do łazienki z wysokim sufitem weszło kilku mężczyzn z pochmurnym panem Liszczyńskim na czele. Dwóch wyciągnęło za ręce Janusza z wody i rzuciło na kafelkową podłogę. Trzeci podszedł do Janusza z siekierką. Janusz uśmiechał się.
– Jesteś albo głupkiem, albo wariatem – mówił pan Liszczyński – Innym odrąbałem palec, ale ty zasłużyłeś na coś więcej…
Minął miesiąc. Janusz schylił się nad stołem w swojej mansardzie. Przed nim leżały rozłożone monety. Na ustach Janusza jaśniał uśmiech. Pincetą wyciągał monety z kopertek, pisał coś ołówkiem na kartce i odkładał monety na miejsce. U pana Liszczyńskiego już nie pracował. Zwolnienie było bolesne, ale Janusz nie obraził się zbytnio. Wiedział, że to, co przeżył z mulatkami, więcej się nie powtórzy, był więc wdzięczny, że amputowano mu rzecz, z której i tak nigdy nie miał pożytku. Najważniejsze, że jego ręce nie ucierpiały.
Małpę ze złota Owerbach-Liszczyński zabrał jako rekompensatę strat wyrządzonych przez Janusza, więc Janusz ma rację, że małpa uratowała mu życie. Niestety, jego były pracodawca nie może tego powiedzieć: Liszczyńskiego zabito małpą. Leżał na podłodze swojego gabinetu, tak jakby wybałuszonymi oczyma oglądał napis na podstawie figurki wykonany arabskimi zawijasami: „Żadna rzecz nie bierze się znikąd i nie ginie bez śladu.”
Tłumaczenie Jadwigi Skowron
04.10.2015